wtorek, 10 maja 2016

♚Nieustraszeni Pogromcy Wampirów♚ Fearless Vampire Killers+Jenna Eight*+Odszukać Listopad, Hydrozagadka, 08.05.16

Dawno nie miałam okazji być na tak energetyzującym show jak wczorajsze w Hydrozagadce. Gwiazdami wieczoru byli brytyjscy Nieustraszeni Pogromcy Wampirów (Fearless Vampire Killers), którzy skupili się nie tylko na schwytaniu grasujących po warszawskiej Pradze krwiopijców, ale głównie na rozgrzaniu publiczność do czerwoności podczas swojego niesamowitego występu. Supportowały ich dwa zespoły- Odszukać Listopad oraz Jenna Eight*.

Odszukać Listopad
Listopad w maju.


Istniejący od 2003 roku kwintet z Nowego Targu (w składzie: Maciej Nowak, Michał Balikowski, Piotr Budzisz, Łukasz Klocek, Grzegorz Rapacz), grający muzykę z pogranicza emo, hardcore i punku. Udany występ zapewniły im dynamiczne gitary i bardzo charyzmatyczny wokalista. Zaprezentowali autorskie utwory, głównie po polsku. Chociaż ich muzyka to niekoniecznie moja bajka i trudno mi ją ocenić obiektywnie, nie można im odmówić poweru, profesjonalnego podejścia i zaangażowania. Z drugim supportem wieczoru (Jenna Eight*) mieli okazję zagrać również dzień wcześniej na imprezie w Lipce. Do posłuchania tutaj.

Jenna Eight*
We found love?


Grupa przesympatycznych chłopaków, która tak jak Odszukać Listopad przebyła długą drogę z południa Polski, (kompletnie nie po drodze) przez Lipkę do Warszawy. Można ich kojarzyć z polsatowskiego Must Be The Music. Ich występ był pełen energii i wigoru, a przebojowy wokalista potrafił rozruszać publikę. Chociaż mieszanka core'u z elektroniką to (tak jak w przypadku poprzedniego supportu) nie do końca mój klimat, szczególnie zapadły mi w pamięci dwa kawałki: Zoltan Was A Hero (z jakichś względów nawet udało mi się zapamiętać tytuł!) i zaskakujący cover We found love Rihanny. Panowie zostali odebrani bardzo przychylnie. Jeżeli ktoś ma ochotę, można ich posłuchać tutaj lub zobaczyć w Warszawie na żywo już 21 maja w klubie Metronom.

Fearless Vampire Killers
Brytyjscy poskramiacze upiorów.


Przyznam szczerze- zespół ten poznałam jakieś dwa tygodnie temu, zupełnym przypadkiem, podczas przeglądania wydarzeń na Facebooku. Przesłuchałam kilka piosenek i uznałam, że brzmią ciekawie , i, że fajnie byłoby zobaczyć ich na żywo. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Pojawiłam się na koncercie FVK w Hydrozagadce... i kompletnie się zakochałam.

Fearless Vampire Killers to zespół stosunkowo młody, powstały w 2008 roku w Wielkiej Brytanii. W skład grupy wchodzą: perfekcyjny w każdym calu wokalista i gitarzysta Kier Kemp, równie świetny drugi wokalista i gitarzysta Laurence Beverdige, brodaty bębniarz Luke Illingworth, basista Drew Woolnough i gitarzysta prowadzący Cyrus Barrone. Interesujące wydaję się być to, że nazwa bandu zainspirowana została filmem Nieustraszeni Pogromcy Wampirów polskiego reżysera Romana Polańskiego. Muzyka zespołu jest przepełniona cudownie spójną różnorodnością- stanowi bezbłędną mieszankę gatunków od post-hardcore'u przez emo i punk rock, aż do alternatywnego rocka i komercyjnego popu. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co najlepsze, rozmaite style nie gryzą się ze sobą, a świetnie łączą, tworząc razem coś wyjątkowego.

Brytyjczycy rozpoczęli koncert z ogromną mocą, kawałkiem Say Whay You Want From Me (The Ghost You Left Behind). Ta moc zdecydowanie została z nimi do samego końca występu. W związku z tym, że zespół ten ma dwóch wokalistów, ci, co kilka kawałków, wymieniali się mikrofonem i (co dla mnie zaskakujące) gitarą. Ich głosy świetnie się wzajemnie uzupełniały. Po pierwszym dynamicznym kawałku, poleciało mocniejsze Braindead, a potem wkraczające w bardziej popowe klimaty Neons In The Dancehalls. Za niesamowity oceniam kontakt Kiera Kempa z publicznością. Buchała od niego pozytywna energia, którą wraz z muzyką przekazywał całej sali. Nie raz przybijał piątki fanom, którzy stali w pierwszych rzędach, ale to nie wszystko. Kilkukrotnie schodził w tłum ze sceny i śpiewał, grał na gitarze, i tańczył pośród rozszalałej publiki. Laurence Beverdige nie pozostawał w tyle i również miał świetny kontakt z widownią, w odróżnieniu od Kiera, nie szalał jednak z nią na parkiecie. Po Like Bruises rozbrzmiało niesamowite i pełne temperamentu Feel Alive. Chłopaki zagrali wszystkie kawałki ze swojego mini-albumu z 2015 roku Bruises. Nie zabrakło tym samym numerów jak Keep Smiling, Aging Love czy Stepping Stones. Świetni instrumentaliści znakomicie zgrywali się z dynamicznymi wokalistami tworząc pierwszorzędne i spójne, choć proste w formie widowisko. Finałowym utworem okazało się popisowe Maeby. Całe show trwało trochę ponad godzinę. Nie widziałam po koncercie ani jednej niezadowolonej osoby (chyba, że tym, że FVK nie zagrali żadnego bisu).

Po występie wszyscy członkowie zespołu wyszli do fanów. Chętnie pozowali do zdjęć i rozdawali autografy. Z każdym miałam okazję zamienić kilka słów  i okazali się nie tylko profesjonalnymi muzykami, ale też przesympatycznymi ludźmi. Każdy z nich, jak jeden mąż, uznał, że polska publiczność była najlepszą na całej trasie (niby większość muzyków mówi tak o każdym kraju, w którym aktualnie grają, ale FVK wydali mi się w tym wyjątkowo szczerzy). Najlepiej rozmawiało mi sie z Laurencem, który oprócz tego, że był przemiły i opowiedział mi kilka słów o trasie, między innymi o koncercie w Kopenhadze, to na dodatek wyuczył się sporo polskich słówek, które wtrącał gdzie tylko się dało. Równie sympatyczny był (współpracujący z FVK) sprzedawca merchendise'u, o którym Kier nawet zaczął żartobliwie rapować podczas koncertu. Za kontakt z widownią cały zespół (razem i każdy z członków z osobna) powinien dostać złoty medal.

Jestem przekonana, że jak tylko FVK ponownie przyjedzie do Polski, będę jedną z pierwszych osób pędzących po bilet.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz