Psychofanki. Właśnie. W tym sęk, bo był ich cały klub. Ale od początku...
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kolejka pełna dziewczynek. Tak. Dziewczynek. Zdecydowana większość poniżej 18. roku życia, a zdecydowana większość z tej zdecydowanej większości miała pewnie z 14, 15 lat. (W duszy śmiałam się trochę, że bar w Proximie za dużo to dziś nie zarobi...) Nic dziwnego w sumie. Przecież Bower to idol nastolatek, gwiazdor Miasta Kości, Zmierzchu, Harrego Pottera... Sama w pewnym stopniu przyszłam na koncert, by zobaczyć właśnie jego. Drugie co zauważyłam- dziewczyny z oficjalnego fanclubu, które z deka pretensjonalnie odnosiły się do niektórych w kolejce. Oczywiście tu nie generalizuję, tylko mówią o jednostkach, ponieważ sam fanclub trzeba pochwalić, za akcje koncertowe i za promocję show, rozwieszanie plakatów itp. (Za to piątka!)
Zaczął się koncert supportu, czyli chłopaków z Monarks. Nieczęsto zdarza się, żeby support podobał mi się bardziej od gwiazdy wieczoru, ale tak było w tym przypadku. Pokazali klasę, profesjonalizm i fajne melodyjne kawałki. Sami wykonawcy byli bardzo sympatyczni i po koncertach wyszli pogadać z zebranymi fanami.
Przechodząc do koncertu Counterfeit. Nie można odmówić im umiejętności gry. Jamiemu nie można odmówić energii. Wszystko jednak było takie... trudne w odbiorze. Cambell dobrze śpiewa w filmach, muzyka teatralna, ballady, jednak w ogóle nie czuję jego wokalu w klimatyce rockowo-metalowej. Zespół natomiast mimo dobrego, równego grania był totalnie pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy. Nie mieli praktycznie żadnego kontaktu z publiką, co sprawiło, że stanowili jedynie tło dla nadpobudliwego Campbella, który chyba próbował nadrobić ruchliwością za cały zespól. Muzycznie- są okej, ale w żadnym wypadku nie powalają. Ot- zwykły, przeciętny zespół. Podobne emocje i jakość muzyki można osiągnąć idąc do byle baru na wieczorne koncerty amatorów. Szkolnymi ocenami: Monarks dałabym piątkę, Counterfeit zasłużyło na takie trzy z dwoma...
Co jednak było w tym wszystkim najgorsze? Publiczność. Może to zabrzmi trochę wyniośle, ale nie lubię koncertów w Polsce. Szczególnie koncertów, na których jest dużo kobiet (a tu nieletnich dziewczynek, więc już w ogóle), tak jak w tym przypadku. U nas zdecydowana większość ludzi niemiłosierni się pcha, pod sceną panuję ścisk, że nie da się wytrzymać (Czego z zasady nie ma za granicą nawet na koncertach wielkich gwiazd. Każdy ma swoje 5 centymetrów przestrzeni osobistej). Tutaj po prostu prostackie zachowanie sięgnęło zenitu. Ja ogólnie rzecz biorąc jestem dość spokojnym odbiorcą koncertów, wolę stanąć trochę z boku, nie wpadam w pogo, nie biję się o miejsce. Na każdym koncercie zachodzi natomiast takie zjawisko- mieszania się tłumu. Chodzi o to, że stoisz spokojnie w miejscu, za 5 minut jesteś 3 metry bliżej sceny, bo tłum naturalnie się przemieszał- ktoś wyszedł, ktoś posunął się dwa kroki w prawo itp. Takim sposobem, przed samym koncertem CF, bez przepchnięcia się przed ani jedną osobę, znalazłam się w okolicy drugiego, trzeciego rzędu. Jakoś w trakcie drugiej piosenki poczułam kopa w łydkę i głos jakiejś pyskatej małolaty "że ona tu stała". Ja ogólnie nie przepadam za koncertowymi przepychankami, więc po tym jak dziewczyna (dobre kilka lat młodsza ode mnie) najpierw mnie zwyzywała, po czym zaczęła kopać i wbijać pazury, przesunęłam się rząd do tyłu (natomiast niesmak pozostał). Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że ktoś widzi swojego idola po raz pierwszy, że są emocje, jest adrenalina i takie tam, ale zachowajmy chociaż trochę kultury osobistej.
Podsumowując- może gdyby nie horda napalonych małolat oceniłabym ten koncert lepiej. Atmosfera psuła skutecznie odbiór muzyki, która w tym wypadku i tak była raczej przeciętna... Well... na zakończenie pozostało mi życzyć każdemu bywalcowi koncertów pięciu centymetrów przestrzeni osobistej.






















