czwartek, 14 lipca 2016

♪Kultura osobista♪ Counterfeit + Monarks, Proxima, 13.06.16

Pierwszy koncert na jakim byłam, (...albo nie. Jednak drugi. Po Smashing Pumpkins.) o którym mogę powiedzieć, że był beznadziejny. (Nie pomogło nawet, że Jamie Campbell Bower był tak przystojny). Wybaczcie psychofanki.
Psychofanki. Właśnie. W tym sęk, bo był ich cały klub. Ale od początku...
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kolejka pełna dziewczynek. Tak. Dziewczynek. Zdecydowana większość poniżej 18. roku życia, a zdecydowana większość z tej zdecydowanej większości miała pewnie z 14, 15 lat. (W duszy śmiałam się trochę, że bar w Proximie za dużo to dziś nie zarobi...) Nic dziwnego w sumie. Przecież Bower to idol nastolatek, gwiazdor Miasta Kości, Zmierzchu, Harrego Pottera... Sama w pewnym stopniu przyszłam na koncert, by zobaczyć właśnie jego. Drugie co zauważyłam- dziewczyny z oficjalnego fanclubu, które z deka pretensjonalnie odnosiły się do niektórych w kolejce. Oczywiście tu nie generalizuję, tylko mówią o jednostkach, ponieważ sam fanclub trzeba pochwalić, za akcje koncertowe i za promocję show, rozwieszanie plakatów itp. (Za to piątka!)

Zaczął się koncert supportu, czyli chłopaków z Monarks. Nieczęsto zdarza się, żeby support podobał mi się bardziej od gwiazdy wieczoru, ale tak było w tym przypadku. Pokazali klasę, profesjonalizm i fajne melodyjne kawałki. Sami wykonawcy byli bardzo sympatyczni i po koncertach wyszli pogadać z zebranymi fanami. 

Przechodząc do koncertu Counterfeit. Nie można odmówić im umiejętności gry. Jamiemu nie można odmówić energii. Wszystko jednak było takie... trudne w odbiorze. Cambell dobrze śpiewa w filmach, muzyka teatralna, ballady, jednak w ogóle nie czuję jego wokalu w klimatyce rockowo-metalowej. Zespół natomiast mimo dobrego, równego grania był totalnie pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy. Nie mieli praktycznie żadnego kontaktu z publiką, co sprawiło, że stanowili jedynie tło dla nadpobudliwego Campbella, który chyba próbował nadrobić ruchliwością za cały zespól. Muzycznie- są okej, ale w żadnym wypadku nie powalają. Ot- zwykły, przeciętny zespół. Podobne emocje i jakość muzyki można osiągnąć idąc do byle baru na wieczorne koncerty amatorów. Szkolnymi ocenami: Monarks dałabym piątkę, Counterfeit zasłużyło na takie trzy z dwoma...

Co jednak było w tym wszystkim najgorsze? Publiczność. Może to zabrzmi trochę wyniośle, ale nie lubię koncertów w Polsce. Szczególnie koncertów, na których jest dużo kobiet (a tu nieletnich dziewczynek, więc już w ogóle), tak jak w tym przypadku. U nas zdecydowana większość ludzi niemiłosierni się pcha, pod sceną panuję ścisk, że nie da się wytrzymać (Czego z zasady nie ma za granicą nawet na koncertach wielkich gwiazd. Każdy ma swoje 5 centymetrów przestrzeni osobistej). Tutaj po prostu prostackie zachowanie sięgnęło zenitu. Ja ogólnie rzecz biorąc jestem dość spokojnym odbiorcą koncertów, wolę stanąć trochę z boku, nie wpadam w pogo, nie biję się o miejsce. Na każdym koncercie zachodzi natomiast takie zjawisko- mieszania się tłumu. Chodzi o to, że stoisz spokojnie w miejscu, za 5 minut jesteś 3 metry bliżej sceny, bo tłum naturalnie się przemieszał- ktoś wyszedł, ktoś posunął się dwa kroki w prawo itp. Takim sposobem, przed samym koncertem CF, bez przepchnięcia się przed ani jedną osobę, znalazłam się w okolicy drugiego, trzeciego rzędu. Jakoś w trakcie drugiej piosenki poczułam kopa w łydkę i głos jakiejś pyskatej małolaty "że ona tu stała". Ja ogólnie nie przepadam za koncertowymi przepychankami, więc po tym jak dziewczyna (dobre kilka lat młodsza ode mnie) najpierw mnie zwyzywała, po czym zaczęła kopać i wbijać pazury, przesunęłam się rząd do tyłu (natomiast niesmak pozostał). Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że ktoś widzi swojego idola po raz pierwszy, że są emocje, jest adrenalina i takie tam, ale zachowajmy chociaż trochę kultury osobistej. 

Podsumowując- może gdyby nie horda napalonych małolat oceniłabym ten koncert lepiej. Atmosfera psuła skutecznie odbiór muzyki, która w tym wypadku i tak była raczej przeciętna... Well... na zakończenie pozostało mi życzyć każdemu bywalcowi koncertów pięciu centymetrów przestrzeni osobistej. 

👐SWEDEN ROCK FESTIVAL 2016👐 Sölvesborg, 9-11.06.16

Sweden Rock Festival to mój prywatny raj. W tym roku byliśmy tam po raz czwarty. Impreza ta co roku mieści się w szwedzkim miasteczku Sölvesborg. Atmosfera przepełniająca to miejsce jest po prostu nieziemska. To uczucie, kiedy idziesz odebrać opaski koncertowe, omijasz campery, pola namiotowe, stoiska pełne rockowych ciuchów, a w oddali słyszysz świetną muzę. Mmmm.... Już czekam na przyszły rok. 
Cała impreza jest rok w rok perfekcyjnie zorganizowana. Na terenie festiwalu jest pięć scen. Głowna- Festival Stage, nieco mniejsza- Lemmy (dawniej Rock) Stage oraz trzy mniejsze- Sweden Stage, 4Sound Stage oraz zadaszona Rockklassiker Stage. Wymiennie grają na nich zespoły, których w czasie 3 dni trwania festiwalu było w sumie 82. Na placu SRF jest także mini market z ciuchami, akcesoriami i płytami (ogromny market znajduję się natomiast przed główną bramą festiwalu) oraz strefy z jedzeniem i piciem (od najprostszych jak frytki, pizza czy hamburgery, przez nieco bardziej orientalne tajskie czy chińskie jedzenie, po steki, burrito z krewetkami, hamburgery z łosi, pierogi, naleśniki... wszystko, tam jest wszystko). Na całym terenie jest dostępne darmowe Wifi, są także krany z wodą pitną, czyste i zadbane (!) strefy WC. Jest także namiot pełen gitar, na których można grać, jest księgarnia (głównie z biografiami muzyków, ale też z komiksami) oraz stoisko meet&greet, przy którym można spotkać się z niektórymi zespołami. 

W tym roku gwiazdami wieczorów byli kolejno- Queen, Twisted Sister oraz Sabaton. Z tych trzech koncertów chyba najbardziej podobał mi się Sabaton, chociaż szczerze mówiąc żaden nie powalił mnie na kolana. Queen jako Queen uwielbiam, Adama Lamberta jako Adama Lamberta uwielbiam, ale razem kompletnie nie współgrają. Adam przesadza z udziwnionymi wokalizami i ma kompletnie inną wrażliwość, niż legendarni muzycy Queen. Twisted Sister było w porządku, dawali z siebie wszystko, szczególnie, że to ich pożegnalna trasa koncertowa. Ale brakowało mi "tego czegoś". Bardziej podobał mi sie ich show, kiedy widziałam ich w zeszłym roku na żywo w telewizji śniadaniowej w NY. Sabaton dał show na wysokim poziomie, jak zawsze z resztą, ale moim zdaniem, nie powinni oni grac jako gwiazda wieczoru.

Zespołami, na które najbardziej czekałam były natomiast Sixx AM oraz Avantasia. Oba były po prostu świetne. Sixx AM po raz kolejny nieziemskie, tym razem zagrali dłuższy set niż na Power Festivalu. Avantasia natomiast grała po północy, przez ponad dwie godziny. Koncert był przepiękny, a Tobi Sammet nieziemski, co nie zmienia faktu, ze zmęczenie dawało już się we znaki. Bardzo dobre koncerty dali też między innymi Foreginer, Halestorm, Lordi i Shinedown.

SRF 2016 stanowiło 25-lecie całego festiwalu. Moim zdaniem, jak na to, że było to 25-lecie, to z line-upem się nie postarali. Nie było źle, ale brakowało tego "wow", jakiejś petardy. W sumie jedynym akcentem, ze to "okrągła" rocznica były fajerwerki na koniec drugiego dnia, Mimo to i tak już odliczam dni do SRF 2017. Tęsknię Szwecjo ♥.
FUN FACTS
1) DJ zapamiętał nas z Polski.
2) Podczas obiadu, dzień przed festiwalem, spotkaliśmy basistę Megadeth.


wtorek, 5 lipca 2016

💿RISE!💿 Power Festival, Sixx AM, Megadeth, Korn, Łódź, 07.06.16

Czerwiec był wyjątkowo zabieganym miesiącem pod względem koncertów. 7. czerwca w Atlas Arenie odbyła się prawdziwa uczta dla zmysłów, czyli świetny Power Festival. Dla mnie ta impreza była szczególnie ważna, gdyż to właśnie na niej, miałam szansę po raz pierwszy zobaczyć na żywo jeden z moich ulubionych zespołów, czyli Sixx AM (co więcej, już dwa dni później zobaczyłam ich ponownie) i to na nim głównie się skupię.
Festiwal energicznie rozpoczęły nasze rodzime zespoły- Scream Maker i Chassis. Rozruszali publikę, która dość powolnie zapełniała Arenę. Jako pierwsi występowali Sixx AM (dla których właściwie tam pojechałam). Koncert ten był jednym z promujących w Europie najnowszy album Sixxów Prayers for the Damned.

Emocje, które ogarniają na widok ulubionych zespołów są nie do opisania. Poziom adrenaliny sięgnął zenitu, gdy na scenę wkroczyli DJ Ashba, Nikki Sixx i James Michael. Koncert (na który czekałam dobre pięć lat) rozpoczęli świetnym This Is Gonna Hurt, z drugiego albumu studyjnego, o tym samym tytule. Następnie zagrali świetny singiel z najnowszej płyty, czyli Rise, który jest ostro promowany w naszym radio. Pomimo tego, że jestem na serio gigantyczną fanką zespołu, to przed koncertem nie osłuchałam jeszcze dobrze najnowszej płyty. Dlatego też dopiero tam po raz pierwszy usłyszałam When We Were Gods, które automatycznie zostało moją nową ulubioną piosenką. Potem rozbrzmiały jeszcze dwa utwory z promowanego kążka (Everything Went to Hell, Prayers for the Damned), a następnie Lies of Beautiful People. Jako przedostatni rozbrzmiał Stars z poprzedniej płyty. Na zakończenie zespół zagrał Life is Beautiful. Set był okrojony i składał się jedynie z ośmiu utworów, przez co bardzo ubolewałam, gdyż bawiłam się świetnie i szkoda mi było, że to już koniec.

Byłam bardzo miło zaskoczona formą wokalną Jamesa Michaela. Oglądałam sporo filmików na YouTube, na których nie do końca dawał radę wokalnie udźwignąć niektóre piosenki. Na polskim koncercie pokazał jednak swoje możliwości i zaśpiewał po prostu świetnie. Co prawda niektóre wysokie dźwięki śpiewał inaczej niż na płycie, jednak nie przeszkadzało to w żadnym wypadku w odbiorze. Nikki Sixx jest natomiast klasą samą w sobie. Mimo, że jest już nieco starszy od Jamesa i DJa, dorównywał im swoją energią. DJ natomiast na koncertach Sixx AM usilnie próbuje demonicznie wyglądać, co przychodzi mu bardzo łatwo. Przez ciemny makijaż oczu i to, że Ashba ma wyjątkowo jasne tęczówki, jego oczy wyglądają mrocznie i tajemniczo, szczególnie gdy złapie się z nim kontakt wzrokowy.

Po koncercie Sixx AM, troje artystów wyszło do fanów podpisywać autografy. Organizacja trochę nie ogarniała tłumu, dziwne były zakazy robienia zdjęć (nie z samymi artystami, ale z daleka) ale ostatecznie wszystko się trochę uspokoiło. Cały zespół jest dosłownie przeuroczy i przemiły. DJ skojarzył mnie ze zdjęcia z imprezy w Detroit, na której byłam kilka lat temu. James wydaje się być naprawdę kochany. Od Nikkiego niby czuć dystans (bądź co bądź jest największą gwiazdą), ale również jest przesympatyczny. Z uśmiechem zbił z nami piątkę, gdy dowiedział się, że rok temu byliśmy pod barierką na koncercie Motley Crue. Cały zespół też nie ukrywał zdziwienia, gdy mówiliśmy, że za dwa dni widzimy się ponownie w Szwecji :)
Po Sixx AM, a przed Korn (co w sumie trochę dziwne) zagrał Megadeth. Jako, że nie jestem zagorzałą fanką, nie pchałam się pod scenę, a obejrzałam koncert z tyłów GC. Występ był bardzo dobry i na pewno zaspokoił rzeszę rozszalałych fanów, która zebrała się w Atlas Arenie. Jako ostatni zagrał wyśmienity Korn. Zespół miałam już okazję raz oglądać (pod barierką w Nikon at Jones Beach, bodajże dwa lata temu). Grali świetnie, jednak tamten koncert chyba podobał mi się nieco bardziej. Wyszliśmy przed końcem z tego względu, że następnego dnia o szóstej rano mieliśmy samolot do Szwecji.

SETLISTA MEGADETH
SETLISTA KORN